SALI – LABRADOR MACANY – nieaktualne

Sali, labrador w potrzebie

Wyadoptowany. Czyli trochę humoru nikomu nie zaszkodzi.

Tak, wiem, macanie niekiedy oznacza zboczenie. Niekiedy oznacza też – szczekając językiem wytwornym – okazywanie sobie wzajemnego upodobania przez dwie jednostki ludzkie płci odmiennej (choć to ostatnie niekoniecznie).

Zastanawiam się zatem, w jakiej kategorii należałoby umieścić macanie labradora przez weterynarza? Jest to zboczenie? Czy może okazywanie sobie wzajemnego upodobania? W kwestii zboczenia mam wątpliwości – ostatecznie żaden zboczeniec nie częstuje psa ciastkami, ja zaś wiem doskonale, iż w Przychodni Hau – Miau zarówno ciocia doktor, jak i wujek doktor mają ów miły zwyczaj sięgania do drugiej szuflady biurka, tam zaś jest takie super – fajne pudełko, które doskonale pachnie…

Jednakże okazywanie sobie wzajemnego upodobania również nie wydaje mi się właściwym pojęciem w moich psio – ludzkich relacjach z wujkiem doktorem. Ostatecznie obaj należymy do dumnej płci samczej, obaj zdecydowanie preferujemy panienki (różnimy się jedynie poglądem na ilość łap wspomnianych panienek…), prezentując przy tym wybitnie dobry gust. Obaj potrafimy zrobić bałagan w tempie pociągu Pierdolino relacji Kraków – Gdańsk, z tą tylko różnicą, że ja robię bałagan w domu i w ogródku, zaś wujek doktor robi bałagan służbowy, czyli w miejscu pracy.

Dlaczego zatem – ile razy przyjadę z pańcią do Lublina – wujek doktor mnie maca i maca? Obmacuje mi te moje biedne, przednie łapy, każe robić jakieś zdjęcia, na których wychodzę jak zagłodzona koza w dwudziestoleciu międzywojennym (szczekam wam, same gnaty na tych zdjęciach!), zawija w jakieś kolorowe fatałaszki, kłuje pod futro (a niekiedy nawet w dupne szyneczki) i jeszcze wspomina o ucinaniu mi jajek!!! Zwłaszcza to ostatnie wzbudza mój zrozumiały protest…

Właśnie wczoraj znowu mnie pańcia wepchnęła do auta i do Lublina zabrała. Miałem od początku złe przeczucia, bo rano nie dostałem śniadania. Roki dostał miskę, Łobuz też, a ja słabłem z głodu na tych 180 kilometrach. Oczywiście naszczekałem pańci co o tym myślę, dobrze, że nie zrozumiała wszystkiego, bo jeszcze by mnie ktoś posądził, że wykolejony pies jestem.
No dobra, operowana łapa mnie rzeczywiście bardzo boli, zastrzyki od wujka doktora pomagają, ale bez nich nie bardzo chcę chodzić, czy to jednak musi od razu oznaczać przymusową głodówkę?! Wrrr…

Najśmieszniejsze jednak okazało się już w Lublinie. Pańcia powiedziała mi, że po ciocię Ewę musimy wstąpić, to będzie nam raźniej podczas badań. Zupełnie nie pojmowałem dlaczego ciocia sama nie może przyjechać, ale szybko wyszło na jaw, że postanowiła upodobnić się do mnie – ona też prawy łokieć ma zapakowany w coś białego! Wujek doktor się nawet z niej trochę nabijał, że na psy zeszła i pytał, czy ona też do niego na badania…

Oczywiście zostałem zawleczony na te kozie zdjęcia, pojawiła się taka jeszcze jedna fajna ciocia i zaprosiła mnie do takiego wielkiego gabinetu, w którym pachniało właśnie niedomytą kozą. Zrobili mi te fotki, znowu same gnaty wyszły, no ja nie wiem, co za fotografów mają w tym Lublinie, nic się nie znają na labiej urodzie!

Po zdjęciach pojechaliśmy wszyscy do wujka doktora i cioci doktor, czyli do Hau – Miau. Jak wysiedliśmy z auta, to ludzie się za nami oglądali, w sumie to im się nie dziwię – ja kulawy, ciocia Ewa z ręką w gipsie, a Lea (suczka wujka doktora) prawie łysa na głowie. To się podobno nazywa trymowanie, ja nie wiem, ale dla mnie to raczej jest wyłysianie. Chyba fryzjer był cokolwiek na bani…

Właśnie w przychodni pokazałem, że nie jestem labradorem – niedojdą. Nawet jeżeli chodzę na trzech łapach, to uciekać potrafię szybko. Pańcia zdjęła mi smycz, z pełnym przekonaniem, że będę grzeczny, wszedłem, owszem, bez oporu (miałem obiecane ciasteczka) i położyłem się na środku poczekalni. Wujek doktor przez chwilę kręcił się po pomieszczeniach, jak ja za własnym ogonem, potem jednak zaprosił nas do gabinetu. W tym momencie spojrzałem na niego jak na obranego z rozumu, mój wzrok mówił wyraźnie „facet, pogięło cię, ciastka ciastkami, ale są pewne granice zachowań samobójczych!”. Zmrużyłem oczy, przekrzywiłem łeb i leżałem dalej z ironicznym wyrazem pyska.

Wujek doktor zrobił krok w moją stronę, chcąc mi czynnie pomóc w wejściu. Nie czekałem na drugi krok, wstałem i z zadartym ogonem opuściłem terytorium kaźni. Wyraz pyska nadal miałem ironicznie – zawadiacki, w ślepiach migały mi labie kurwiki.

Niestety, pańcia dokonała aktu przemocy – ubrała mnie w smycz i zaprowadziła do gabinetu. Wyglądało to ciekawie – wujek doktor w drzwiach machał ciastkiem (tylko jednym? mało, byłem nieprzekupny!), pańcia ciągnęła od przodu, ciocia Ewa dopychała od zadka.

Ostatecznie spacyfikowali mnie perfidnie i wujek doktor znowu mnie wymacał po łapach, ukłuł w futro, wspomniał ponownie coś o jajkach, ale nie dokonał (na szczęście) żadnych czynów w tej materii, by na koniec zapakować mi łapę w całą furę białych i pomarańczowych strzępków. Patrzyłem na niego jak na wariata, myśląc o nim w mało przyjaznych superlatywach (określenie „sadysta” było zdecydowanie łagodne!). Na szczęście jednak dowartościował mnie większą ilością kolorowych ciasteczek, przemawiając mi do żołądka, tfu, chciałem powiedzieć do rozumu!

Zastanawia mnie tylko jedna rzecz. Ciocia Ewa też ma kulawą łapę, tą samą co ja i nawet w tym samym miejscu, czyli w łokciu. Dlaczego zatem wujek doktor jej też nie pomacał?! To niesprawiedliwe!!! Dlaczego tylko ja mam cierpieć?!

No wiem – z ukłuciem pod futro byłyby u cioci problemy (wujek doktor jak nic dostałby po pysku), kolorowych ciasteczek w kształcie kości też by pewnie jeść nie chciała (głupia baba, nie wie, co dobre), no i jajek do ucinania próżno u niej szukać (cholera, na tym polu przegrywam zdecydowanie…). Ale minimalne równouprawnienie powinno być – niechby jej chociaż wujek doktor łapę (podkreślam, łapę!!!) pomacał i zapakował w kolorowe strzępki, a nie, że tylko na mnie wszystkie plagi egipskie spadają!

Nie lubię być labradorem macanym. Głodnym w dodatku i wychodzącym na zdjęciach niczym obiad dla psów z bajek (bo tylko w bajkach panuje owo głupie przekonanie, że psy jedzą kości i nic więcej). Czyli wzajemnego upodobania nie ma. Zostaje jednak zboczenie?

Tekst: E. Frankiewicz

Sali, labrador w potrzebie Sali, labrador w potrzebie Sali, labrador w potrzebie Sali, labrador w potrzebie

Zbieramy na leczenie i rehabilitację Saliego:

KONTO DO WPŁAT DLA LABRADORY.ORG
PKO BP 39 1440 1185 0000 0000 1729 5136
z dopiskiem SALI

Wszystko o Salim w poprzednich wpisach:
Rehabilitacja Saliego – ciąg dalszy (+film)
Rehabilitacja Saliego (+film)
LABRADOR SALI PONOWNIE W RZESZOWIE (+film)
LABRADOR SALI DZIĘKUJE ZA POMOC
LABRADOR SALI – JESZCZE W LUBLINIE
SALI – LABRADOR WIECZNY TUŁACZ – ZNOWU W LUBLINIE
SALI – LABRADOR WIECZNY TUŁACZ
SALI – LABRADOR WIECZNY TUŁACZ – PIERWSZA DOBA PO OPERACJI (+film) SALI – LABRADOR WIECZNY TUŁACZ PUKA DO LUDZKICH SERC
Labrador Sali – wieczny tułacz – wyruszył w daleką drogę cd.
Labrador Sali – wieczny tułacz – wyruszył w daleką drogę
SALI, LABRADOR – WIECZNY TUŁACZ Cd.
SALI, LABRADOR – WIECZNY TUŁACZ POTRZEBUJE PILNIE DOMU

Sali nie jest już do adopcji, z pewnością zostanie u Pani Ani na stałe.

2 thoughts on “SALI – LABRADOR MACANY – nieaktualne”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *