Molly za Tęczowym Mostem

Molly za Tęczowym Mostem

Otrzymaliśmy bardzo smutną wiadomość… 

Niedawno przyszło nam pożegnać naszą ukochaną labradorkę Molly, którą adoptowaliśmy za Państwa pośrednictwem. Przez te dwa lata, które u nas spędziła zdążyła rozkochać w sobie każdego, kto miał szczęście ją poznać. Zawsze nas zadziwiała tym ile radości i pogody ducha miała w swoim psim serduszku, mimo bagażu przykrych doświadczeń jakie zebrała przez wcześniejsze lata życia. Jej ulubionymi zajęciami było jedzenie i spanie, ale przede wszystkim była cudownym członkiem naszej rodziny. Miała niezwykły dar uzyskiwania od każdego należytej jej ilość uwagi, nie będąc przy tym zbyt nachalną. Widok tego uroczego, uśmiechniętego czarnego pyszczka rozczulał każdego. Dzięki niej poznaliśmy wielu wspaniałych ludzi, a kontakt z jej poprzednią rodziną utrzymujemy do dziś.
Kiedy do nas trafiła, zmagała się z uporczywą infekcją ucha wywołaną przez bakterię ropy błękitnej. Przez pół roku próbowaliśmy różnych terapii, aż w końcu weterynarze zdecydowali się na operację powiększenia kanału słuchowego. Dzięki temu zabiegowi i odpowiednim lekom udało się całkowicie pozbyć infekcji. Choć słuchu nie udało się przywrócić, głuchota nie przeszkadzała jej w codziennym życiu – wręcz przeciwnie, mogła spać spokojnie nawet podczas największych burz.
Jej stan zdrowia ustabilizował się i mogliśmy cieszyć się wspólnym czasem. Librela pomagała jej w poruszaniu się, a my cieszyliśmy się, że może spokojnie się starzeć. Niestety, pod koniec ubiegłego roku pojawił się nowotwór śledziony. Na szczęście był niezłośliwy i szybka operacja pozwoliła go usunąć. Niestety, w kolejnych miesiącach Molly zaczęła mieć coraz większe problemy z odpornością. Pojawiły się objawy choroby autoimmunologicznej, która najpierw zaatakowała jej nos, a później skórę na łapkach.
Ze względu na jej wiek możliwości leczenia były ograniczone. Niestety, jedyne dostępne leki wywołały u niej silne skutki uboczne, więc musieliśmy je jak najszybciej odstawić. Choroba postępowała do tego stopnia, że w ostatnich tygodniach Molly zaczęła mieć trudności z poruszaniem się. Mieliśmy wrażenie, że sama czuła, iż zbliża się koniec – stała się jeszcze bardziej czuła i przytulaśna niż zwykle. Robiliśmy wszystko, by dać jej tyle bliskości i miłości, ile tylko potrzebowała.

Nie pozwoliliśmy jej cierpieć. Odeszła spokojnie, zasypiając na kocyku, w cichym gabinecie weterynaryjnym, otoczona przez bliskie jej osoby. Wierzymy, że wiedziała, jak bardzo była kochana.

Pozdrawiamy
Weronika i Michał

Współczujemy straty ukochanego psa…🖤

Poprzedni wpis:
Molly – 8 letnia piękna labradorka szuka nowego domu – nieaktualne

Molly za Tęczowym Mostem Molly za Tęczowym Mostem

19 thoughts on “Molly za Tęczowym Mostem”

  1. Wiem jak to boli. Świadomość, że ostatnie lata spędziła otoczona miłością i szacunkiem łagodzi stratę.

  2. Bardzo Państwu współczuję.
    Już wielokrotnie rozstawałam się ze swoimi labusiami i owczarkami, za każdym razem ból nie do opisania.
    Jeszcze raz bardzo bardzo Państwu współczuję

  3. Bardzo mi przykro że Molly odeszła, miała tylko 8 lat tak jak mój Boguś, nigdy nie wiadomo kiedy nasze ukochane Labradorki odejdą, już boję się o mojego Bogusia, bo czas ucieka a one długo nie żyją

    1. Raczej żyła 10 lat. To za mało. 15 lat to byłoby szczęście. Niestety, nie kazdyy będzie miał tyle szczęścia. Mój pierwszy pies dożył 16 lat, bylam wlasciwie dzieckiem. Choć w cierpieniu, ciagle zastrzyki, inne czasy. Drugi, którego uratowałam, ktoś wyrzucił na ulicę z samochodu, być może 12 lat, kiedy umarł na straszliwie złośliwego raka, zyyl tylko 6 tygodni po operacji. Umierał każdego dnia, oczy coraz bardziej zamglone, co godyzine wychodziły nowe guzki na skórze. To byl koszmar. Umarł w domu przejmująco zawył i koniec. Nigdy tak nie cierpiałam, jak za tym pieskiem. Nie mogłam siedzieć w domu, nosiło mnie, biegłam gdzieś na pola itp. nie cierpiałam tak za żadną bliską osobą,ojcem. Tylko za tym pieskiem. Byłam za niego całkowicie odpowiedzialna, tylko ja. Był ze mną 4 lata i 8 miesiecy. Też czarny. Pochowałam go w ogrodzie, widzę grobek z okna. Codziennie na nim jestem, zapalam znicze. Nawet mówię w domu do niego. Nie chcę zapomniec. Mija juz 3 lata. Na koniec też się bardziej tulił, nie opuszczał mnie ani na krok. Wszędzie ze mną. Wieczór poprzedzajacy śmierć, podszedł i podniósł do gory łapkę, jakby się żegnał. Przyśnił mi sie tylko raz, był w dziwnym miejscu wśród mnóstwa czarnych psów i mimo,ze wołałam, nie podszedł, został z nimi. Bardzo Wam wspolczuje utraty ukochanego psa. Ja nie dam rady mieć następnego. To jest ogromny ból. Śmierć ukochanego psa zmienia wszystko.

  4. Wiem co znaczy strata ukochanego Zwierzątka 😭. Spoczywaj w pokoju Aniołku kochany 🖤🐕

  5. Kochani znam doskonale ten ból… tez cierpię i dlatego bardzo mocno Was przytulam… mam nadzieję, że juz wszystkie te CUDOWNE NASZE ANIOŁY są razem i na nas czekają

  6. W ubiegłym roku straciłam ukochaną sunie Rosie. Również odeszła na swoim kocyku, w moich ramionach, głaskana do końca…
    Szczere wyrazy współczucia 😪🖤

  7. Mam bardzo podobną czarną blabladorkę ośmioletnią. Jak to czytałam nie mogłam powstrzymać łez

  8. Ja musiałam uśpić kotka, miał guza w mózgu, stracił wzrok i nie mógł jeść. Oczywiście utrata wzroku nie jest przesłanką do uśpienia ale kotek nie mógł jeść i ogólnie czuł się źle. Piszę o tym dlatego, że w artykule jest informacja o tym, że Molly odeszła w cichym gabinecie weterynaryjnym. Ja zdecydowałam się na wizytę lekarza w domu i wcale nie było to dużo drożej a przynajmniej kotek odszedł w znanym mu otoczeniu. Wiem, że utrata ukochanego zwierzaka jest tragedią ale jeśli ktoś będzie kiedyś musiał pomóc mu odejść to warto to zrobić w domu bez dodatkowego stresu. Naprawdę nie jestem zamożna ale dla ukochanego zwierzaka można czasami z czegoś zrezygnować.
    Mam nadzieję, że Molly i inne zwierzęta są teraz szczęśliwe za Tęczowym Mostem.

  9. Współujemy🖤
    To strata nie do opisania.
    6 lat temu pożegnaliśmy naszego wymarzonego,wspaniałego golgenka. To były wspaniałe 10,5 lat które już nie wrócą. Ból po starcie był tak ogromnym że znalazłam się na kuwetce u ps…. . Rak odebrał nam nasz sens bycia. Choć z bólem, nie pozwoliliśmy na ostanie dni z nami naszeu goldenkowi spędzić w bólu i cierpieniu.
    Dwa dni po odejściu nasz goldi, przyszedł w snach do mnie. Był radosny, stał w kuchni w naszym mieszkaniu, był młody i w swojej przyciętej fryzurze ,🦮Myrdał ogonem i jak to on , prosił o glaskanko , przytulasy ❤️. Znikł szybo jak tylko powiedziałam : jesteś !!!!, ale, przecież Ty odeszłeś „,,😔 I tak znowu pojawił się ból. Mimo to jestem wdzięczna za ten sen bo wiem że jesteś mój goldi szczęśliwy. Mimo wszystko dom bez psa był tak pusty ,że choć nie myśleliśmy o następnym psie, koleżanka widząc jak tęsknimy zaproponowała adopcje. W taki to sposób mamy już 6 rok zaadaptowanego ,po przejściach goldenka, I w taki o to sposób, nasze życie wróciło na właściwy tor, z naszym 1szym Goldenkiem zawsze w sercu, a który cały czas z nami jest gdyż został skremowany.
    Łączymy się w bólu.
    Biegaj Molly już zawsze radosna wraz ze swoją psią gromadką ❤️🖤

  10. Dziękujemy Państwu za wszystkie słowa wsparcia i otuchy! Molly odwiedziła nas we śnie. Radosna, szczęśliwa, biegająca! Wierzymy, że jest Jej tam dobrze, nie ma bólu, a smaczki nie tuczą 😁 Tylko ktoś, kto pożegnał pupila wie jaką pustkę i tęsknotę odczuwamy. Pożegnaliśmy Molly i obiecaliśmy Jej, że zaopiekujemy się kolejnym pieskiem ♥️ Na tym polega miłość ♥️

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *