Czedarowe opowieści (ciąg dalszy)

Opowieści Czedara

Czedar – przeuroczy, rosły blondyn, który swój pierwszy rok życia spędził przy budzie, na sznurku i kolczatce wrastającej w szyję. Na szczęście znaleźli się Ludzie Wielkiego Serca, którzy Czedarowi uratowali życie i przywrócili wiarę w człowieka, znajdując mu nowy, Własny Dom. Wielkie serce tego równie wielkiego biszkoptowego laba otworzyło się na nową rodzinę, w której ma kochającą Panią i Pana, dwoje dzieci do zalizywania i czekoladową siostrzyczkę do zabawy oraz rzesze sympatyków po sąsiedzku.

Wysłany: 03-03-2015, 19:53

Dawno miałam już opisać Krwawy Czwartek (miał być Tłusty, ale my jesteśmy oryginalni… :-P ). Nasze psy pojechały tego dnia z nami z wizytą do moich rodziców, do tzw. miasta (u nas, 16 km od Lublina to w końcu głucha wieś…). W drodze było wszystko w porządku, mąż za kółkiem, córka z przodu na podkładce, Czedar pod nią na podłodze, z mordysią na jej kolanach, ja z synem z tyłu, Mada między nami (dupka na mnie, pysio na Niuniu). Szał po prostu! ;*
Wysiadamy u rodziców pod blokiem, Madera wysiadła niemalże statecznie (to znaczy tylko około 20 km/h), Czeduś wyprysnął z prędkością światła i dalejże niuchać, węszyć, sprawdzać, czytać psie smsy i grubsze e – maile. W drodze do klatki podlał wszystko, co dało się podlać, z radosnym piskiem przywitał pięciomiesięczną sunię sąsiadów 8)(rasy chow – chow), pociesznym machaniem ogona zawarł znajomość z inną sąsiedzką sunią, 13 – letnią labradorką (gdyby nie siwy pyszczek, 5 lat bym jej nie dała, taki żywioł! :haha: ), po czym ZONK ;] , wylazł Szczekaczka :<(to sąsiedzki sznaucer miniatura, w oryginale ma na imię zupełnie inaczej, ale ze względu na wydawane non stop dźwięki, został przez mojego tatusia przechrzczony i cały blok już go tak nazywa :D ) ). Na klatce schodowej rozległ się piskliwy jazgot połączony z basowym szczekiem Czedusia :beated: , jeśli jakiekolwiek dzieci w bloku (a tych nie brakuje) usiłowały spać, to życzę powodzenia ich rodzicom… ]:) W końcu Szczekaczka został wywleczony przez swojego pana na spacer, a Czedar ruszył na podbój mieszkania rodziców. Michę z wodą znalazł bez pudła, puszki (zamknięte) z żarciem też wysondował, obniuchał wszystko, po czym zaległ na kanapie z przekonaniem, że wykonał kawał dobrej roboty. I wszystko było cacy, dopóki nie przyszedł czas na obiad.
U nas w domu psiaki dostają zawsze jeść w swoim pokoju pod schodami, każdy psiur ma swoją podkładkę i swoje michy, dostają żarełko w tym samym czasie i na tą chwilę, kiedy jedzą, są zamykane, bo synuś nie dałby im zjeść spokojnie. Niestety, u moich rodziców psiaki swojego pokoju nie mają, dostały więc jedzenie w kuchni. Głupia pańcia nie pomyślała o zabraniu na wizytę również podkładek, więc siłą rzeczy michy jeździły podczas jedzenia po całej kuchennej podłodze. :-> I traf chciał, że Mada swoją michą wjechała pod brzuszek Czedara. Czedar warknął na Madę i pokazał kły, ale Mada nie wzięła sobie do serca przestrogi i żarła swoje dalej :dribble: (miłość do żarcia uczuciem nadrzędnym!). Czedar się wkurzył i rzucił się na Madę z zębami. :bad: Byłam przekonana, że Mada ustąpi… ale jak się okazuje, byłam w duuużym błędzie, Madera się wściekła, zjeżyła się cała i dawaj się odgryzać, :bad: normalnie zanim rozdzieliłam i skarciłam towarzycho, to kłaki latały po całej kuchni!!! :beated: Czedar miał nadgryzione do krwi ucho, Madera podrapany bok (też do krwi), ale natychmiast po jedzeniu zapanowała między piesami doskonała zgoda. Jak widać na przykładzie naszych psów – do serca nie zawsze przez żołądek… :-P

Wysłany: 07-03-2015, 21:12

Jeśli sądziłam, że Madera zlituje się nad moim portfelem i odpuści mi wizyty w klinice wet, to byłam w duuużym błędzie… :cring:
Od kilku dni zauważałam, że nasza suńka się mocno podlizuje w intymnym miejscu. Czeduś też ją tam dość intensywnie niuchał, nawet zabierał się do gwałtu, ale szybko został oświecony, że ani on już nie jest w stanie nic zdziałać, bo zamiast jajek ma wydmuszki :-P , ani Madera nie ma się na co porywać, bo jej klejnoty wewnętrzne zostały po cichutku i w głębokiej tajemnicy wycięte :-P (głęboka tajemnica przed szefem doktora – operatora, poza tym wiedzą wszyscy… ;D ) podczas operacji na żołądku i przemasowywania jelit.
Specjalnie podglądałam, czy nic jej tam teraz nie podcieka, obawiałam się bowiem grzybka po intensywnej antybiotykoterapii. Nic nie było, żadnych upławów. Niestety, wczoraj wieczorem okazało się, że w miejscu, gdzie Madzik spał na kanapie, jest spora mokra plama. :( Obejrzałam raz jeszcze Maderowe klejnoty intymne i zauważyłam niestety kapiące krople moczu. Zapakowałam w psa dwie tabletki Furaginu (po telefonicznej konsultacji z wetem) i dzisiaj od razu z rana zaliczyłyśmy wypad do kliniki na badania, mokrych kałuż bowiem było coraz więcej. USG od razu pokazało, że ściana pęcherza wprawdzie nie jest pogrubiona, ale „się świeci”, co podobno świadczy o stanie zapalnym, analiza pobranego moczu pokazała natomiast zasadowe PH (powinno być kwaśne), więc prawdopodobnie jest jakaś bakteria… :cring: W piesa ponownie załadowano antybiotyki i leki przeciwzapalne, za tydzień kontrolne badania i USG. I zobaczymy, czy to rzeczywiście stan zapalny pęcherza, czy jednak (istnieje takie podejrzenie) nietrzymanie moczu związane ze sterylizacją, chociaż podobno na to Madziora jest za młoda, ale „życie bywa wredne”, jak to określił pan wet.
Przez tydzień mamy wżerać witaminę C i Furagin na grubo, antybiotyk dopyszczny raz dziennie i czekać na poprawę… O rany!!! :(

Wysłany: 10-03-2015, 13:23 

Wygląda na to, że leczenie zadziałało, Madzior przestał przeciekać. :haha: Grzecznie i bez protestu wcina leki razem z żarciem (chyba wrodzona pazerność sprawia, że nawet nie zauważa ich gorzkiego smaku… no, ale w sumie czemu ja się dziwię, pies, który jest w stanie zeżreć gumową rurkę i kostkę brukową, nad byle Furaginem i witaminą C nie będzie się nawet zastanawiać… :-P ). Chwilowo jedyną pozostałością Madowego przemakania są ślady na narożniku w salonie, ale mówi się trudno, poczekają na wiosenne słońce, bo jakoś mi chwilowo „nie leży” pranie całej kanapy… :(
Czedarkowi natomiast chyba brakuje zimy. Nasze brązowe dywany zyskują coraz grubszą warstwę biszkoptowego „ofutrzenia”, pomimo odkurzania dwa razy dziennie mam wrażenie, jakby w naszym domu na stałe zagościł kudłaty śnieg. :-P
A tak w ogóle, z odkurzaniem to jest cała epopeja! Dopóki Madera była sama, to jedyną przeszkodą w moim dążeniu do czystości chałupy było Madziorowe powarkiwanie i polowanie na rurę odkurzacza (bo wyrywania kabla z gniazdka przez naszego Niunia nie liczę). Czedarek jednak wprowadził nowe zwyczaje. :haha:
Kiedy wywlekam odkurzacz ze schowka, obydwa psiaki wylegują się grzecznie w różnych miejscach domu. W chwili, gdy kabel trafia do gniazdka, obydwa psy zaczynają działać bardziej doskonale niż radziecki balet – najpierw statecznym kroczkiem zażywnego i dobrze wykarmionego (w przypadku Czedusia) łabędzia drobią w kierunku salonu.:-P Tam, z błogim westchnieniem uwalają się cielskami na środku dywanu, udając, że są w samym środku niezmiernie intensywnej drzemki. Ja wjeżdżam odkurzaczem na dywan, psy otwierają po jednym, brązowym ślepiu, po czym natychmiast zamykają je z powrotem, dając mi do zrozumienia „nie przeszkadzaj sobie, nas tu wcale nie ma”.^_^ Przekomarzanie się trwa ładnych kilka minut – ja kieruję się w jedną stronę dywanu, w tym samym momencie któryś zwierz (przypominam, że oba śpią głęboko, nawet pochrapują!) wyciąga w tę samą stronę łapę, ucho, bądź kawałek ogona, torpedując mój zdradziecki plan sprzątania. :bad: Kiedy bardziej energicznie zaczynam zganiać towarzycho z pola bitwy, obydwa psiaki podstawiają zadki pod rurę, dając hasło: „a teraz proszę czyścić pieska!”. 8)I co ja biedna mam zrobić? Oczywiście pieski zostają odkurzone od pazurków, po czubek łepetyn, satysfakcja jest powalająca, spod odkurzacza wydobywają się jedynie rozanielone pomruki i zgodne posapywania. ;D Po około 20 minutach moich energicznych starań psy łaskawie dają się wyprosić z dywanu (który wygląda już jak obraz nędzy i rozpaczy), a ja mogę kontynuować porządki. ;] Ta sama akcja powtarza się na wszystkich dywanach w domu, więc łatwo się domyślić, że porządki (które nigdy nie były moim ulubionym zajęciem) jawią mi się teraz niczym skrzyżowanie huraganu z krwawą jatką…

Wysłany: 15-03-2015, 13:40

 

No, Madziora już po kontroli o weterynarza, antybiotyk dopysiowy przedłużony jeszcze o 4 dni, bo pani dr stwierdziła, że powinno być pełne 10 dni leczenia i wygląda na to, że jednak to była tylko bakteria w moczu – uff! :mmm:
Czedusia (Madę zresztą też, ale w jej przypadku nie mam stresa :-P ) muszę umówić na przyszły tydzień na chipowanie, już zaczynam się bać jakie występy Czedi zaprezentuje tym razem :-o , pociesza mnie jedynie świadomość, że pan wet, który będzie „montował” chipy w naszych psiakach także jest właścicielem labradora, jest więc nadzieja, że Czedowe występy go nie zdołują (podejrzewam, że przechodził przez to samo… :-P ).
Szczerze powiedziawszy obydwa nasze psiaki poczuły chyba wiosenny zew. Na naszym, wprawdzie mikroskopijnie wypielęgnowanym, ale jednak trawniku codziennie pojawiają się nowe, potężne doły, co jakiś czas na tarasie znajduję ptasie zwłoki (podejrzewałam kocicę, ale okazało się, że to Madusia… 8) ), doniczka z kwiatkiem wisząca spokojnie na tarasie zakończyła swój żywot wisielca, kwiatek został rozwłóczony totalnie, doniczka zaś straciła życie wskutek zawziętej działalności Czedusiowego uzębienia… 8) Do domu psy wcale wracać nie chcą, na spacerku w lesie robimy trzykrotnie dłuższe dystanse niż zwykle, bo oboje niuchają i wędrują w poszukiwaniu wiosny (a co za tym idzie wiosennych, śmieciowych przekąsek… :dribble: ), wprawdzie na figurę i kondycję całej naszej trójce robi to doskonale, ale domowe zajęcia dezorganizuje mi zupełnie… :-P

Wysłany: 23-03-2015, 14:11

I po co ja wczoraj zmieniłam pościel? :( Jakbym nie wiedziała, że deszcz + 2 labradory w domu + spacer = błotne łóżko… :cring:
U nas leje od wczoraj, aż sapie. Czedarowi i Maderze to wcale nie przeszkadza, wyłażą na dwór, taplają się w bagienku (trudno bowiem inaczej nazwać nasz wjazd do garażu), Czedar wygląda już jak cokolwiek zaniedbany, brudno – czekoladowy kloszard, porośnięty z rzadka ogródkiem botanicznym. :-P Madera, jako prawdziwa dama, zażywa co najmniej raz dziennie kąpieli w kałuży pod rynną (że kałuża jest błotna, to już szczegół niegodzien wzmianki), by potem rozczesać zmechacone futerko między świerkami (te ostatnie wyglądają już niczym obraz nędzy i rozpaczy), a następnie wpakować się na środek kanapy w salonie, celem zażycia relaksującej drzemki (nie powiem jak wygląda kanapa, po co mam się dołować, w każdym razie przypomina skrzyżowanie zaniedbanej chlewni z szaletem miejskim).;D
Dzisiaj spacer do lasu nam się nie udał, po pierwsze nie mam aż tak wysokich kaloszy, a po drugie, przypałętał się do nas sąsiedzki zmutowany prawie – spaniel (a prawie robi wielką różnicę… :haha: ), który Maderkę kocha miłością nadziemską, z wzajemnością zresztą. Czedarek poczuł się cokolwieczek zazdrosny o siostrzyczkę, najpierw w miarę jeszcze uprzejmie warknął w kierunku intruza, gdy jednak ten nie zareagował, ustawił na grzbieciku sierść w postaci sztywnej szczotki od łba do ogona, z gardełka wydobył mu się studzienny bulgot, zaś pokaz uzębienia powinien zdobyć medal Pedigree. :bad: Sąsiedzki pseudo – spaniel był, zdaniem Czedusia, wybitnie tępy ;] , bo nadal nie raczył oddalić się w pośpiechu, emablując uparcie i wytrwale Madę. Tego już było dla Czediego za wiele – z głuchym tętentem stada słoni ruszył na wroga, zbijając go z łap i przygwożdżając grzbietem do ziemi ]:) . Wróg wtedy (lekko zdziwiony) również wyszczerzył kły i dziabnął Czedusia w nos. ]:) I wtedy zaczęło być wesoło… Cała ulica rozbrzmiewała warczeniem, szczekiem i odgłosami walki wręcz, przyczyna zaś tego całego zamieszania stała spokojnie w pobliżu moich nóg, majtała uprzejmie brązowym ogonem, a wyraz jej pyska mówił wyraźnie: „No i o co im, k…, chodzi?!” 8)
Walka zakończyła się boleśnie, ale na szczęście nie dla Czedarka. W chwili bowiem, kiedy mały, lecz zajadły przeciwnik, brutalnym atakiem na Czedowe ucho spowodował upadek Czediego, ten ostatni wykorzystał ów moment i ugryzł delikwenta tam, gdzie żaden facet (gatunek obojętny) nie chciałby być nigdy w życiu ugryziony… :-P Rywal wyskoczył w powietrze jak z katapulty, zawrzeszczał rozgłośnie i podjął decyzję, że jednak woli zwiać. Czedar pozostał na placu boju z triumfalnym wyrazem mordki, ogon wykręcał piruety, zaś przymilne spojrzenie na mnie mówiło: „No i co, dumna jesteś ze mnie?” :D I co miałam mu powiedzieć? Przecież tak się biedny starał bronić Madowego honoru, że muszę być dumna. A że mam przez to trzy razy więcej psiego mycia, suszenia i czesania – to kto by tam na takie drobiazgi zwracał uwagę… :)

Poprzednia część:
adopcje.labradory.org/czedarowe-opowiesci-humorystyczne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *