Czedarowe opowieści. Część czwarta

Czedar

Czedar – przeuroczy, rosły blondyn, który swój pierwszy rok życia spędził przy budzie, na sznurku i kolczatce wrastającej w szyję. Na szczęście znaleźli się Ludzie Wielkiego Serca, którzy Czedarowi uratowali życie i przywrócili wiarę w człowieka, znajdując mu nowy, Własny Dom. Wielkie serce tego równie wielkiego biszkoptowego laba otworzyło się na nową rodzinę, w której ma kochającą Panią i Pana, dwoje dzieci do zalizywania i czekoladową siostrzyczkę do zabawy oraz rzesze sympatyków po sąsiedzku.

 

15 maja 2015

Nasze psiury zaliczyły pierwszy weekendowy wypad – pojechaliśmy sobie w góry, samochodem wypchanym do granic możliwości (ciekawe kto powiedział, że Audi B4 to pojemny samochód? :( ). Dwoje dorosłych, dwoje dzieci (w tym jedno półtoraroczne), dwa labradory… i 360 kilometrów do przejechania… :dribble:
Wyruszyliśmy o 14:00, przezornie wetknęłam piesom obiad dwie godziny przed odjazdem, bo by nas chyba zeżarły, jeśli miałyby jeść dopiero na miejscu, upchaliśmy graty do bagażnika, dzieci i psy do auta, dla nas samych już prawie nie było miejsca, ale pal licho, co przeżyjemy, to nasze! :-o Samochód wyglądał jak puszka, w której sardynki kisną w swoim własnym sosie. I tak zresztą się czułam… Najlepiej miał mąż, bo wepchnął się za kierownicę (była o to walka, kto by pomyślał, że miejsce kierowcy może być najlepsze? 8) ) i jedyną uciążliwością podczas 5 – godzinnej podróży był łeb Czedusia czule przytulony do jego kolana i skrzyni biegów.
Nasza córka zajęła całkiem niezłe miejsce na przednim siedzeniu (więc Czedi miał możliwość dokumentnego oblizywania jej gołych, kościstych kolan), natomiast ja zostałam skazana na miejsce z tyłu, po prawej stronie mając syna w foteliku, po lewej zaś 30 kilogramów brązowego futra zwanego Maderką (która pracowicie udeptywała mnie przez całą podróż :beated: ).
Niestety, audi mojego męża nie posiada tak wyrafinowanego urządzenia jakim jest klimatyzacja (a temperatura na dworze sięgała 27 stopni… ;] ), więc psiaki szybko wywaliły ozory i zaczęły ziajać. Zacap się zrobił w aucie taki, że siekierę można było powiesić, do tego jeszcze synuś skutecznie i wonnie zapełnił pieluszkę. :bad: Tym sposobem tuż przed Rzeszowem trzeba było się zatrzymać, przewietrzyć auto, odcedzić psy i przebrać syna oraz nakarmić dwójkę dzieci. Po godzinnym „prostowaniu łap” ruszyliśmy w dalszą trasę, już autostradą. Byliśmy już 30 km przed Krakowem, kiedy Czedar zaczął szczekać (a głosik ma donośny jak trąba jerychońska), Madera natychmiast zaczęła piszczeć, syn zaczął się drzeć, a córka wołać, że natychmiast musi do toalety. :(
Nie było wyjścia – zjechaliśmy na najbliższy MOP (dla niewtajemniczonych: Miejsce Obsługi Podróżnych), córka pognała do WC, ja za nią z synem pod pachą (i paczką pieluch, gwoli ścisłości), a mąż miał zostać z psami. Z Maderą owszem, został, natomiast Czedar pognał za nami, wypłoszył wszystkie baby z kibla :D (mieliśmy więc luksus rozpasany), wskoczył łapami na umywalkę i ujadał o wodę. :-P Mimo moich cierpliwych perswazji, że wodę i to mineralną ma pan, w samochodzie, więc niech idzie pyszczyć do pana, Czeduś życzył sobie napić się trucizny z kranu.]:) Napił się oczywiście, bo jego jazgotu nie wytrzymałam. Liczyłam tylko, że sraczki nie dostanie (i na szczęście nie dostał)… :papa:
W międzyczasie Madera postanowiła zapoznać się ze wszystkimi kierowcami stojących na parkingu TIR – ów, urządziła takie taneczne przedstawienie, że się całe stado ludzi zleciało, obłowiła się oczywiście w resztki kanapek, pieczonego mięska, a nawet i jabłuszko się trafiło. Mój mąż natomiast zapowiedział, że nigdy więcej z Madą sam nie zostaje, bo mu wstyd za psa… 8)
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, psy wyskoczyły z auta, zrobiły rekonesans w ogródku i zapoznały się z beagle`o – podobną suczką naszych przyjaciół, u których mieszkaliśmy. Spotkanie było bardzo miłe, psy znokautowały ogródek totalnie, peonie smętnie zwiesiły podeptane łebki, z mieczyków zostały strzępki, a wśród bratków został wykopany potężny tunel (zapewne w poszukiwaniu kreta…). :dribble:
Potem na trasie biegowej trafił się pierzasty wróg – kury. Psy z łomotem i szczekiem wpadły w kurze stado, kogut ewakuował się pierwszy i prysnął na daszek kurnika, kury rozpierzchły się z gdakaniem, gubiąc po drodze jajka, psy natomiast z dreszczem szczęścia w futrzanych serduszkach wykąpały się w kurzym poidle… Śmierdziały wszystkie trzy straszliwie! :bad:
Po obowiązkowej wieczornej kąpieli pieski zostały udeptane na swoich własnych, zabranych z domu kocykach, sunia rezydentka dopchnęła się do nich także i tak sobie słodko we trójkę spały w kącie pokoju, chrapiąc jak stare traktory przed remontem. :girl:
Następny dzień był dla psiaków ogromną atrakcją – wybraliśmy się na pół dnia do lasu, więc węszenia, niuchania, kopania dołków i podgryzania kory drzewek było mnóstwo, na deser ludzie urządzili ognisko z pysznymi kiełbaskami i było co kraść, nawet pieczone kartofle się trafiły. :-P Tylko browarkiem się swołocze – ludzie podzielić nie chcieli, egoiści psia krew! :-> Psiaki jednak odbiły to sobie wieczorem, włażąc po cichutku do spiżarki i częstując się pyszną, domową szarlotką – zżarły całą blachę. ;D
Na szczęście jedynym ubocznym skutkiem nadmiaru jabłuszek było głośne popierdywanie w nocy i smrodzenie z psich rur wydechowych (wszystkich trzech). :lookdown:
Kolejny dzień to była już niestety podróż powrotna, oczywiście bez atrakcji się nie obyło, bo 150 km od domu nasza wysłużona bryka odmówiła współpracy – alternator diabli wzięli. Dobrze, że moje ciotki i wujek mieszkali blisko, zostaliśmy zholowani, mój mąż – mechanik zajął się reanimacją szczotek alternatora na tyle, żeby dało radę do domu dojechać, zaś ja, dwoje dzieci i dwa psy udaliśmy się do domu jednej ciotki, w towarzystwie drugiej ciotki, natomiast wujek poszedł do siebie do domu, mrucząc coś pod nosem o starych rupieciach (ciekawe, czy miał na myśli nasze audi, czy może mówił o swojej żonie – francy wyjątkowej…? :doubt: ).
Psy oczywiście obwąchały cały dom, potem zrobiły rekonesans w ogródku, a że deszcz lał potężny, wróciły brudne i mokre jak dwa szczury, więc dom ciotki szybko zaczął przypominać skrzyżowanie brudnej stodoły z bardzo zaniedbanym ugorem. :)
O północy udało nam się wyruszyć do domu, dotarliśmy na 3, psy padły jak worki, córka z dreszczem szczęścia nie poszła rano do szkoły, syn marudził do 5 rano, bo ze snu się wybił, a mój mąż o 6 zaczął zbierać się do pracy. :confused:Psy nawet mu na pożegnanie ogonami nie pomajtały, o co się na nie śmiertelnie obraził – no jak to, pan do pracy idzie, zarąbany po nieprzespanej nocy, a jego własne psy ani myślą się pożegnać… Skandal i obraza majestatu! ;]

19 stycznia 2016

Dziś minął rok. Rok odkąd Czedar zamieszkał z nami. Rok odkąd Madera ma braciszka, a my czwarte dziecko. Rok odkąd nasz ogródek cokolwiek zmienił wygląd, w naszych łóżkach zrobiło się jakoś mniej miejsca, a salonowa kanapa nieco zmieniła barwy na takie… bardziej brudne… :-P
Co mogę powiedzieć po tym wspólnym roku? No cóż… Rodzina brudniejsza, żarłoczniejsza, trochę bardziej kosztowna, zyskująca podwójną warstwę futra, ale… pełniejsza. ;* Dziś wiem, że to była jedna z najlepszych naszych decyzji – nie tylko dla Czedara, który przecież miał naprawdę przerąbane życie przez pierwszy rok. Do dzisiaj mam przed oczami obraz Jego poranionej szyi, w którą wrosła kolczatka (i powróz, gwoli ścisłości). :bad:
Pamiętam pierwsze spotkanie z Czedarem, w Domu Tymczasowym. Stoi mi w oczach biszkoptowa błyskawica, która grubym basem radośnie poszczekiwała na nasz widok. :haha: Widzę wspólną, Czedarowo – Maderową kąpiel w oczku wodnym (przypominam, że był styczeń!), widzę demolkę w mieszkaniu Pani Basi, cudownej Osoby o Wielkim Sercu dla wszystkich zwierzaków. ;* Pamiętam Czedusia, który wlazł mi na kolana, przytulił do mnie łeb, trzymając w pysku wymiętoloną niebieską maskotkę – zupełnie jakby czuł, że od dziś będzie nasz, a my będziemy Jego. :haha:
Kolejne dni zapisały mi się w pamięci pod znakiem mega – sraczki, Czedar ze stresu (teraz już wiem, że z nerwów dostaje sraki, wtedy nie wiedziałam), Madera z zeżarcia czyścika do zębów. Koniec końców mieliśmy przesrany tydzień… ;D
Trudno zapomnieć też o wizytach w klinice weterynaryjnej, bo Czeduś dawał takie popisy, że mózg staje w poprzek – znokautowane stażystki, studenci weterynarii, którym pot spływał po rowkach w tyłku, zeżarty stetoskop pani doktor i pan doktor pod biurkiem, przymusowo posadzony tam przez Czedzika – ot, drobiazgi niegodne wzmianki. :-P
Bilans:
ZYSKI: 50 kg biszkoptowej miłości, czuły, kochający, potężny misiek, którego ogon wykręca radosne świderki na widok wracającego do domu człowieka, lizus pierwszej klasy, ulubieniec mojego tatusia, mistrz żebradorzenia (do tego stopnia, że człowiek dławi się pożeranym właśnie kotletem), piesek kolankowy, który z dziką przyjemnością położy się na człowieku, posapując radośnie i z satysfakcją, pies morderca – zaliże na śmierć, tytan pracy – kopanie dołków 20 godzin na dobę to pikuś, czuły radar ludzkich uczuć – nie odejdzie, jeśli mnie coś boli, albo w jakiś sposób jest mi źle, zazdrośnik – Maderę odpycha z łomotem nosorożca, by samemu uwalić się na ludzkich nogach i pod ludzką głaszczącą ręką, wycieczkowicz – lubi zwiewać, turysta – uwielbia jeździć samochodem, a że go przy tym trochę znokautuje, podnosząc jazgot na widok innego psa, kota, lub krowy – oj tam, nie takie rzeczy się widywało!
STRATY: podlane tuje w ogródku, zeżarte świerki, mniej miejsca w sypialni, kilka siniaków na dzieciach, złodziejstwo żywieniowe, mega ciasnota w samochodzie (dwa dorosłe człowieki, dwoje dzieci, dwa labradory – auto na 5 osób), przerąbane życie kota, rozwalone łóżko rodziców, zerwane 2 smycze, kilka wyprutych i zmamlanych maskotek, jedna pogryziona szczotka do zamiatania, 80 kilogramów utrudnienia w wykonywaniu obowiązków domowych.
SALDO: Było warto! Bo miłość do labradora i miłość labradora do człowieka jest bezcenna. Jak patrzę na tą moją zwariowaną dwójkę, na te dwa majtające się ogony, te ślepia czule śledzące ruch ręki, w której znajduje się kanapka, na to biszkoptowe futro na dywanie i czekoladowe na schodach, to wiem, że Czekolada i Biszkopt są najlepsze na popołudnie! :)

Madera bez Czedara jest smutna, Czedar bez niej zrozpaczony. Kiedy jedno jedzie do weterynarza, drugie czeka w napięciu pod drzwiami i popiskuje. :( Kiedy jedno jest głaskane, drugie spogląda z wyrzutem. :< Kiedy jednemu dzieje się krzywda, drugie gotowe jest zamordować (Czedar ]:) ), albo zapłakać się z żalu (Madera :cring:). A kiedy jedziemy gdzieś bez nich – solidarnie uznają nas za nieludzkie swołocze, by po powrocie przywitać nas jękliwymi wyrzutami i obłędnym tańcem radości. :-P

I właśnie dlatego to była taka dobra decyzja, żeby Czedar zamieszkał w naszym domu – On potrzebował nas, a my – Jego! :papa:

Poprzednie części: 
Czedarowe opowieści. Część trzecia
Czedarowe opowieści (ciąg dalszy)
Czedarowe opowieści (Humorystyczne)

Od tego się zaczęło:
Temat Czedara

Czedar

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *