Pseudohodowle – historia nabywcy

pseudo

Co prawda artykuł powiązany jest z zupełnie inną rasą, ale za to bardzo pouczający.

Pseudohodowle to temat znany każdemu miłośnikowi psów. Informacje o takich miejscach pojawiają się często w mediach, czy na portalach społecznościowych. Zdjęcia przerażonych psów, przebywających w tragicznych warunkach to temat chwytliwy. Powodują wzruszenie, a przede wszystkim złość na to, jaki los człowiek zgotował tym biednym istotom. Jak uniknąć takiego miejsca, co powinno wzbudzić nasze podejrzenie? O tym opowiedział nam Marcin Kościński, właściciel Buldożki Francuskiej urodzonej w niedawno zlikwidowanej pseudohodowli w Dobrczu. To historia, która powinna być przestroga dla osób, które planują kupić Buldoga [dotyczy to wszystkich ras].

– Moja przygoda z tą rasą zaczęła się dość niespodziewanie. Zadzwonił do mnie kolega i powiedział, że kupił psa. Skomentowałem to jednoznacznie „po co Ci pies, daj spokój…”. Niestety kiedyś miałem ambiwalentne podejście do zwierząt. W ten sam dzień pojechałem do niego. Kiedy u progu zobaczyłem małego Buldoga Francuskiego, zakochałem się nie dość, że w psach, ale przede wszystkim w tej rasie! Trwa to już od 3 lat! – Tak swoją historię rozpoczyna Marcin Kościński.

Kiedy zdecydował się na zakup Buldoga zaczął szukać miotów na jednym z portali ogłoszeniowych. Wiedział, że istnieją pseudohodowle i starał się zachować czujność, aby uniknąć takiego miejsca. – Razem ze znajomym weryfikowaliśmy ogłoszenia, wykonaliśmy kilkanaście telefonów. Sprawdzaliśmy co mówią hodowcy podczas rozmów. Odrzuciliśmy bardzo dużo propozycji, które wzbudzały jakiekolwiek podejrzenia. – tak trafił do jednej z hodowli, która nie miała już dostępnych szczeniąt, ale poleciła miot u koleżanki w miejscowości Dobrcz k. Bydgoszczy. Wiedza, którą w tamtym czasie posiadał i świadomość istniejącego problemu nie uchroniła go przed wyborem miejsca, którego tak bardzo chciał uniknąć. – Nie mam wykształcenia weterynaryjnego czy medycznego. W tamtym czasie nie działałem w żadnej Fundacji czy Stowarzyszeniu pro-zwierzęcym, a niestety w naszym kraju wiedza i edukacja na takie tematy jest na zerowym poziomie. – dodaje.

Samo miejsce nie wzbudzało jakichkolwiek podejrzeń. Dom był zadbany, wokół było pełno kamer, a właścicielka hodowli przywitała swoich gości z uśmiechem. Sprawiała wrażenie osoby, która kocha zwierzęta, a o Buldogach Francuskich ma ogromną wiedzę. – Widziałem matkę oraz 2 szczeniaki biegające po podwórku. Kobieta proponowała kawę, herbatę, ciasto. Wybrałem psa o umaszczeniu pręgowanym, bo takiego chciałem od początku. Niestety nikt z naszej trójki nie spodziewał się tego, że z tyłu za posesją jest osobne pomieszczenie gospodarcze, wyciszone, gdzie dzieje się krzywda setek zwierząt. – wspomina Marcin Kościński. Razem ze szczeniakiem otrzymał wyprawkę, a w niej m.in. stosunkowo drogą i dobrą gatunkowo karmę. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało idealnie, a nabywca psa wychodził z hodowli z przeświadczeniem, że kupił psa z małej domowej hodowli. W końcu widział tylko miot i matkę szczeniąt.

Jednak radość Marcina Kościńskiego z posiadania wymarzonego psa nie trwała długo. Już następnego dnia pies zaczął wymiotować pasożytami, a przez kolejne 2 miesiące cały czas kaszlał. To wzbudziło podejrzenie zarówno właściciela jak i lekarza weterynarii, a cała historia została wyjaśniona na początku lutego br.

Źródło: www.expressbydgoski.pl

4 luty 2017 roku to dzień, w którym historia pseudohodowli w Dobrczu k. Bydgoszczy ujrzała światło dziennie i zakończył się dramat około 170 przebywających w niej psów. Dzień, w którym okazało się, że małżeństwo prowadzące to miejsce, które nawet trudno nazwać hodowlą, to nie pasjonaci rasy, a ludzie nastawieni na zysk. Swoją działalność prowadzili od wielu lat – początkowo jako członkowie Związku Kynologicznego (z którego odeszli, gdy groziła im kontrola), w kolejnych Stowarzyszeniach, by na koniec założyć swoje własne. Umożliwiła im to zmiana ustawy w 2012 roku, która zostawiła furtkę dla takich działań. To właśnie jako Prezes Stowarzyszenia Izabela G. mogła rozmnażać psy przez ostatnie lata, nie bojąc się żadnych kontroli. Musiałaby je bowiem przeprowadzić sama – w świetle obecnych przepisów nad Stowarzyszeniami nikt nie ma nadzoru. Jedyne kontrole możliwe do przeprowadzenia to te w obrębie stowarzyszeń. To między innymi dlatego tak wielu hodowców rezygnuje z przynależności do Związku Kynologicznego w Polsce , gdzie taki nadzór ma miejsce.

To też moment, w którym Marcin Kościński zaczął analizować swoją wizytę w tym miejscu i moment odbioru psa. Czy coś przeoczył, czy mógł coś zauważyć? – W późniejszym czasie kiedy wyszła sprawa zlikwidowanej pseudo hodowli w Dobrczu przypomniałem sobie pewne „dziwne sytuacje”. Pierwszy raz pies kolegi – również Buldog, który był z nami na posesji dziwnie się zachowywał. Bardzo się ślinił, stał tylko przy koledze. Nie chciał w ogóle podchodzić do hodowczyni. Kiedy ona chciała go pogłaskać zaczął warczeć na nią. Tak naprawdę nie wiedzieliśmy co mu jest. Hodowczyni stwierdziła, że to „zazdrość o szczeniaka”. Po kontakcie z moim Behawiorystą w późniejszym czasie okazało się, że pies czuł się niekomfortowo „jakby mógł czuć, że tam coś dzieje się złego”. – wspomina. O innych drobiazgach nie może jeszcze dziś wspominać ze względu na toczące się postępowanie.

Ostatnie miesiące to dla niego walka o zdrowie wymarzonej Buldożki. Mimo młodego wieku (10 miesięcy) przeszła już bardzo wiele. – Leczona była na bakterię wywołującą sepsę, później pojawiała się nużyca. Tydzień temu stwierdzono u niej wadę genetyczną kręgosłupa. – wymienia właściciel. – Wraz z Behawiorystą walczymy by załatwiała się na dworze, ponieważ nie wychodziła z domu przez 3 miesiące – ze względu na ciągłe choroby nie mogła być zaszczepiona – dodaje. Problemy z jakimi boryka się ta mała buldożka to też ogromny koszt finansowy, który przewyższył już dawno cenę zakupu psa. Na dzień dzisiejszy Marcin Kościński wydał już ponad 6500 zł na samo leczenie (szczenię kosztowało go 1500 zł), a zdaje sobie sprawę, ze to jeszcze nie koniec wydatków. Jednak dla swojej ukochanej Buldożki jest w stanie wydać znacznie więcej.

Co z perspektywy czasu chciałby powiedzieć osobom, które stoją przed wyborem hodowli? – Przede wszystkim zadałbym im pierwsze, najważniejsze pytanie. Do czego jest im potrzebny pies? Czy chcą poświęcić mu swoje życie, czy pochwalić się na Facebooku że mają „psa rasowego”, który może się okazać, że wcale nim nie jest i nigdy nie będzie, jeżeli nie kupią go ze Związku Kynologicznego w Polsce! – mówi właściciel Buldożki. Dziś, z perspektywy swoich doświadczeń, przestrzega przed zakupem szczeniaka ze Stowarzyszeń. – W takich miejscach nikt nie bada psów, bo to za duży koszt, z czasem wychodzą choroby. Piękne zdjęcia robione są tylko na potrzeby ogłoszenia, a prawda jest zupełnie inna i o niej dowiadujemy się dopiero z telewizji… Ludzie muszą zrozumieć, że rodowód to nie „prestiż” – w rodowodzie jest cała historia psa i jego przodków. Tak naprawdę kupując psa ze Stowarzyszeń robimy tylko i wyłącznie biznes tym ludziom. Dokumenty, metryki, a czasem nawet rodowód, ale nie ten FCI jest bezwartościowy. Nad Stowarzyszeniami nikt nie ma nadzoru. Często los psów nie interesuje hodowców. Zmieniają numery telefonów, nie poczuwają się do winy. Sami potrafią szczepić zwierzęta, leczyć i stawiać diagnozy bez jakichkolwiek uprawnień. – dodaje.

Kupując w takich miejscach nigdy nie mamy pewności w jakich warunkach naprawdę przebywają psy. Często słyszymy od nabywcy Buldożka, ze hodowla, którą on wybrał jest inna, domowa, a hodowca jest pasjonatem rasy. Może tak się zdarzyć, ale równie prawdopodobny scenariusz jest taki, że widzimy tylko kawałek historii hodowli – być może gdzieś w piwnicach rozgrywa się podobny dramat jak w Dobrczu.

Niech historia Marcina Kościńskiego będzie przestrogą dla innych, planujących zakup Buldożka. Historia pełna cierpienia i stresu, a także pytań, czy można było temu zapobiec. Z perspektywy czasu wszystko wydaje się zupełnie inne, oczywiste. Jednak szukając wymarzonego buldożka i widząc biegające szczeniaki, emocje biorą górę. Dlatego nie zapomnijmy tej historii, czerpmy z niej naukę, a jeśli już kupiliśmy Buldoga z jakiegokolwiek Stowarzyszenia to kochajmy go, dbajmy o jego zdrowie, bo on nie jest niczemu winien.
Źródło: Buldog Francuski od A do Z

Xena – bohaterka artykułu:Xena źródło: www.facebook.com/XenaTheFrenchBulldog

Dziękujemy  Buldog Francuski od A do Z za udostępnienie artykułu.

Polecamy również: adopcje.labradory.org/tag/pseudohodowla

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *