POPROSZĘ KAWĘ, CZEKOLADĘ I BISZKOPTA – Część I

poradnik dla chętnych do adopcji labradora

Wstęp

Dzisiejszy świat, przesycony zwyrodniałą potrzebą „wyścigu szczurów” oraz zdezelowaniem naturalnego środowiska sprawia, iż coraz częściej ten, kto śmie szumnie nazywać się człowiekiem, popełnia czyny niegodne, nie tylko wobec innych ludzi, ale również (a może przede wszystkim) wobec zwierząt. Zanikają ogólnoludzkie wartości, takie jak tolerancja, poszanowanie dla odmienności (tak wizualnej, jak gatunkowej), empatia, czy poczucie odpowiedzialności za drugą istotę.

Coraz częściej mówi się o krzywdzie, jakiej zwierzęta doznają z rąk ludzkich, media nagłaśniają sprawę przepełnionych schronisk dla bezdomnych zwierząt, aktów przemocy wobec naszych „braci mniejszych” oraz bezgranicznej ludzkiej bezmyślności i okrucieństwa w stosunku do czworonogów.

Płacząc nad losem niechcianych psów i kotów często nie zauważamy, że nasze postępowanie również nie jest wolne od błędów. Te same media bowiem rozpropagowały wśród ludzi przekonanie choćby o tzw. niebezpiecznych rasach psów (trudno zaprzeczyć, iż takie istnieją, lecz bardzo często niebezpieczeństwo rasy związane jest z brakiem umiejętności psiego właściciela, a nie tylko z genetycznymi obciążeniami danego zwierzaka). Z drugiej zaś strony kolorowa prasa, Internet i telewizja prześcigają się w publikowaniu uśmiechniętych pysiów labradorów, goldenów, beagle`ów, spanieli i im podobnych ras. Na  łamach gazet aż roi się od peanów na cześć „tych przeuroczych,  łagodnych piesków”, plejada stron internetowych zachęca do kupowania „rasowych psów bez rodowodu”, zaś programy TV zapraszają co sławniejsze gwiazdy i gwiazdki szklanego ekranu, którym towarzyszą czworonożni pupile.

Zachęcanie do kupna psa stało się więc chwytem marketingowym, wykorzystującym aktualną popularność danej rasy, częstokroć w połączeniu z totalną niewiedzą na temat potrzeb i oczekiwań tej ostatniej. I niestety jedną z najbardziej narażonych na doznawanie krzywdy z rąk człowieka ras, stał się dzisiaj Labrador Retriever.

Bajka2

Labrador – pies do dzieci? – specyfika rasy

Życie współczesnego człowieka sprowadza się do pogoni za pieniędzmi, dobrobytem, zdobyczami najnowszej technologii. Tempo owego życia powoduje, iż zatracamy więzi z własną rodziną, gubimy znajomych i przyjaciół na kolejnych życiowych zakrętach, a nasze rozrywki sprowadzają się do czytania plotek w Internecie oraz układania pasjansa. Z czasem okazuje się, że wcale nie znamy i nie rozumiemy własnych dzieci, a wyznawane przez nie wartości podnoszą nam włosy na głowie.

Niejednokrotnie chcąc naprawić nadszarpnięte relacje z dziećmi, postanawiamy wynagrodzić im naszą ciągłą nieobecność i zapracowanie, kupujemy im więc psa. Sugerując się reklamami TV, mnogością stron internetowych zachwalających (zresztą całkiem słusznie) labradory oraz „dobrymi radami” przyjaciół, którzy „gdzieś czytali, że to są psy do dzieci”, pospiesznie podejmujemy decyzję – labrador i żaden inny!

Wiktoria, Czedar i Madera

kubuś, Czedar i Madera

Temperament labradora to mieszanina łagodności, lojalności, inteligencji i zrównoważenia, zaprawione szczyptą naturalnej dominacji, kroplą nadmiaru energii oraz całym kotłem miłości do człowieka, włącznie z jego najmłodszymi egzemplarzami. Czy to jednak oznacza, że rasa ta jest genetycznie „obciążona” miłością do dzieci?

Madera

Szczenię labradora to czarna, czekoladowa lub biszkoptowa kuleczka, o rozkosznych brązowych lub bursztynowych oczkach, kłapciastych uszach i ogonie, który na nasz widok wykręca tysiące radosnych obrotów. Radość z zakupu takiego maluszka, który jest zawsze pierwszy do żarcia i ostatni do błogiego relaksu, jest ogromna. W euforii kupujemy obrożę, smycz, miski, posłanie oraz komplet psich gryzaczków na dobry początek. I co dalej?

Po kilku tygodniach okazuje się, że nasza kuleczka, pomimo częstego wyprowadzania na spacer, zamieniła naszą podłogę w cuchnące bajoro, nasze buty pod wpływem psich ząbków bezpowrotnie zmieniły swój kształt, zaś w naszych skarpetkach pojawiły się dziury niczym w szwajcarskim serze. W trakcie najbardziej wytężonej pracy przy komputerze, kiedy nasza psina słodko pochrapuje na naszych nogach, nagle okazuje się, że klawiatura przestała nam działać. Schylamy się z pewnym wysiłkiem i znajdujemy przegryziony kabelek od klawiatury, radośnie dyndający pod biurkiem. Urodzinowy tort naszego syna lub córki staje się zarzewiem konfliktu, kiedy to spóźniająca się psia kolacja sprawia, że połowa tortu zostaje cichaczem zjedzona, zanim ktokolwiek zorientuje się w sytuacji. Zdarza się także, iż w trakcie naszej godzinnej nieobecności w domu (najczęściej w niedzielę lub święto), nasz labo – szczeniak, z podziwu godnym sprytem włamie się do szuflady z lekami i zeżre ze smakiem całe opakowanie Nurofenu, z tekturą i ulotką włącznie. Po powrocie do domu w panice poszukujemy czynnej kliniki weterynaryjnej, fundujemy psu płukanie żołądka, wciskamy w niego węgiel aktywowany w dużych ilościach, a psia wdzięczność manifestuje się zjedzeniem kolejnej pary butów natychmiast po powrocie do domu.

Madera2

W miarę upływu czasu nasza kuleczka zaczyna zmieniać się w dorodnego, silnego brysia, który podczas spaceru radośnie powlecze smycz z uczepionym jej końca właścicielem prosto do osiedlowego śmietnika, w którym akurat ktoś zostawił smakowicie pachnące i doskonałe do pożarcia resztki; z chęcią i zapałem wytapla się w każdym zbiorniku wodnym (od błotnej kałuży począwszy, a skończywszy na misce z płynem do mycia naczyń); oraz radośnie wskoczy wszystkimi czterema łapami i 30 kilogramami wagi na każdego mijanego po drodze człowieka, zalizując go niemal na śmierć.

Kiedy wracamy do domu po kilkugodzinnej nieobecności, nasz blisko 40 – kilogramowy „drobiazg” domowy wita nas radosnym tańcem, z podskokami i przytupem, krokiem ciężkozbrojnego hoplity rozdeptuje wracające z babcią z przedszkola nasze dziecko, wzrokiem cierpiącym i wyrażającym boleść wpatruje się w nasze obiadowe talerze, sprawiając, iż nawet deser przestaje nam smakować. Jego mokry i zimny nos czule przesuwa się po naszych rekach i nogach, w poszukiwaniu zapachowych „nowości”. Kiedy zaś zasiadamy na kanapie z lekturą w ręku, chcąc skorzystać z 5 minut spokoju, natychmiast ładuje nam się na kolana ponad 30 kilogramów czarnej, czekoladowej lub biszkoptowej miłości, sapiąco – ziejącą mordysię opiera na naszym ramieniu, różowym ozorem radośnie nas oblizując.

Czedar

CDN…

opracowanie i zdjęcia: E. Frankiewicz

One thought on “POPROSZĘ KAWĘ, CZEKOLADĘ I BISZKOPTA – Część I”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *