Labradorka Bunia odeszła za tęczowy most

Labradorka Bunia

Historia Buni…

Wczoraj (02. grudnia 2018 r.) minęły dwa lata odkąd dostąpiliśmy szczęścia i radości – przywieźliśmy do swego domu z Radomia sponiewieraną przez życie (głównie jednak niestety przez ludzi) biszkoptową staruszkę Bunię. Głuchota i znaczne niedowidzenie były jej najmniejszymi kłopotami. Badania w ,,naszej” klinice weterynaryjnej (u dr. Jana Blumczyńskiego w Mosinie k/Poznania) wykazały mocną niedoczynność tarczycy oraz guz w okolicy tchawicy, utrudniający oddychanie. Obraz RTG ujawnił starcze zwyrodnienie kręgosłupa powodujące delikatne niedowłady tylnych łapek. Poza tym złamania (już zrośnięte lecz samoistnie a nie dzięki leczeniu) obu tylnych i lewej przedniej łap. Zdeformowane (prawdopodobnie ,,dzięki” nogom człowieka) żebra. Człowiekowi (ludziom?) ,,zawdzięczała” też kulki śrutu w ciele. Z racji wieku (klinika w Radomiu, ją na prawie 12 lat) niedomagały Jej stawy. Mosińscy weterynarze po zbadaniu Bun określili jej wiek na przynajmniej, trzynaście ale pewniej czternaście lat. Okazało się też, że była zaczipowana, dziwnym trafem jednak w żadnej z dostępnych baz danych, nie było śladu po ,,opiekunie” (ująłem w cudzysłów, by nie używać wulgaryzmów na określenie tej osoby).

Mimo tak ciężkiego doświadczenia już po dwóch dniach pobytu u nas zaczęła się na nas otwierać. Została bardzo dobrze przyjęta przez rezydentkę naszego domu także biszkoptową suczkę Lukę. Charaktery obu suń spowodowały, że od początku nie było problemu z interakcją. Socjalizacja Buni postępowała szybko, ,,meldowała” potrzeby fizjologiczne, apetyt dopisywał. Wielką radość sprawiały jej spacery – gwałtownie ,,młodniała”, przezwyciężając wszelkie niedomagania.

Przez długi czas nic złego się nie działo. Weterynarzy odwiedzaliśmy jedynie kontrolnie, by przyciąć pazurki, względnie kupić syrop na stawy, czy poprosić o receptę na lek ,,tarczycowy”. W połowie sierpnia zdarzyła się dramatyczna noc. Buńka doznała bardzo silnego i długotrwałego ataku padaczki. Przez niemal cztery godziny nie było z Nią kontaktu. Bardzo obawialiśmy się, że Ją tracimy. Na szczęście udało nam się sytuację opanować. Bunia kolejny raz wykazała niezwykłą witalność. Wydarzenie to pozostawiło niestety ślady – Buniś miała jeszcze większe problemy z poruszaniem, choć niezmiennie spacery ją cieszyły. Musieliśmy jednak znacznie skracać trasy, gdyż bywało, że trzeba było pojechać po Nią autem. Pojawiły się też kłopoty (lecz nie trwałe) z wypróżnianiem – kilkukrotnie nie poczuła, że ma taką potrzebę – najwidoczniej choroby rdzenia kręgowego dawały znać o sobie.

W zeszłym tygodniu zaczęliśmy obmyślać w jaki sposób uczcić drugą rocznicę nowego życia najstarszego z naszych czworonogów (w maju br. zostaliśmy bowiem adoptowani przez kilkumiesięczną, dziką kotkę – Cyzię).

Tymczasem w ubiegłą niedzielę, zupełnie niespodziewanie, trzeba było ratować Buni życie. Zaczęło się dość niewinnie, od odruchów wymiotnych. W parę chwil gwałtownie zaczął Jej się nadymać oraz twardnieć brzuch. Natychmiast postanowiliśmy jechać po pomoc. Na szczęście Pan Jan Blumczyński klinikę ma przy domu i od razu zaczął działać. Okazało się, że psina doznała skrętu żołądka! Doktor uratował naszemu Kochaniu życie i choć miał pewne problemy z Jej wybudzeniem, w nas wstąpiła irracjonalne wiara, że pokona wszelkie trudności. I rzeczywiście, po wprowadzeniu nowych leków i zmianie karmy na mokrą, weterynaryjną, stan Buni zaskakująco szybko się poprawiał. Niestety na krótko…

W czwartek ok. godziny trzynastej wstała z posłanka i po kilku krokach padła jak ścięta, wygięta w pałąk, ze sztywnym wszystkimi łapkami. Natychmiast pojechaliśmy do kliniki, gdzie od razu się psiną zajęto. Okazało się, że doszło do udaru mózgu. Doktor podał leki przeciw krzepliwości, rozluźniające i przeciwbólowe. Bunia zaczęła ,,łapać” kontakt. Pojechaliśmy z Nią do domu, gdzie ponownie ,,odpłynęła”. Narastały trudności z oddychaniem, pojawiły się zalegania w płucach i mimo bardzo mocnego serca (lekarz oceniając wykonane EKG, był zaskoczony jego relatywnie dobrym, jak na podeszły wiek labka stanem), kilkanaście minut po godzinie dziewiętnastej, w otoczeniu całej, zapłakanej rodziny, odeszła. Pozostawiła po sobie olbrzymią wyrwę, ale przede wszystkim wspomnienia wspaniałych, szczęśliwych dwóch lat.

Powoli próbujemy wracać do rzeczywistości. Chcemy bardzo podziękować wolontariuszon labradory.org za wszelką pomoc, za ogłoszenie prośby o pomoc w zdobyciu niezbędnych leków i dziesięciu puszek specjalistycznej karmy, których nabycie po ostatnich wydatkach, w tym akurat czasie, było niemożliwe. Odzew wspaniałych ludzi z całego kraju przerósł wszelkie oczekiwania. Puszek jest kilka razy więcej, niż było potrzeba. Niestety Bunia nie zdążyła wykorzystać nawet tych kupionych przez nas.

Mimo przechodzenia trudnych chwil, jesteśmy ogromnie wdzięczni opatrzności, za podarowanie nam dwóch lat szczęśliwych i radosnych przeżyć. Cierpienie absolutnie nie powoduje w nas żalu, że zdecydowaliśmy się na przygarnięcie Staruszki. Wszystkim ludziom życzymy, by dane im było zostać tak hojnie obdarowanymi szczęściem.

Pozdrawiamy
Ewa, Krzysztof, Weronika, Zuza z Luką oraz kotką (Nar)Cyzią

Ustaliliśmy z Opiekunami Buni, że ofiarowane puszki z karmą zostaną przesłane najbardziej potrzebującym labradorom pod opieką Labradory.org.

Zapraszamy na film:

Wszystkie wpisy o Buni:
Labradorka Bunia uniknęła śmierci dzięki szybkiej reakcji jej opiekunów
Nie bójcie się przygarnąć seniora!!! Labradorka Bunia i jej cudowna rodzina
Labradorka Bunia – kolejne wieści od wspaniałych ludzi (+film)
Labradorka Bunia, wieści z domu (+Film)
Labradorka Bunia wyadoptowana (+Film)
Labradorka Bunia (+Film)
Kombatantka Bunia – co biedna przeżyła? (+Film)
Staruszka Bunia – bezdomna labradorka z ulicy (+FILM)
Labradorka – bezdomna babuleńka z ulicy – apel
Labradorka – bezdomna babuleńka z ulicy (+film)

Labradorka Bunia Labradorka Bunia Labradorka Bunia Labradorka Bunia Labradorka Bunia Labradorka Bunia Labradorka Bunia

11 thoughts on “Labradorka Bunia odeszła za tęczowy most”

  1. Baaardzo,ale to baaardzo przejmujący wpis.
    Bez łez nie udało się dobrnąć do końca tekstu.
    Tak wiele Państwo zrobiliście dla Bunieczki, w tak pełnym ciepła i miłości DOMU mogła przeżyć swoje ostatnie lata. ❤🏚💞
    Biegaj Buniu za TM z naszym Aronkiem.
    Bardzo Państwu współczuję, życząc dużo spokoju.
    Pozdrawiam ciepło.

  2. Siedzę i ręczę .Te dwa lata to był najpiękniejszy okres w jej życiu.Moja labradorka też przeżyła 12 lat.Dziękuję za to co dla niej zrobiliście .Lepiej trafić nie mogła.

  3. Nie można nie płakać… Bunia miała wielkie szczęście że trafiła na taką cudowną rodzinę. Odeszła w otoczeniu najbliższych:( Gdybyśmy mogli to wszyscy pewnie oddalibysmy wszystko za lek na długowieczność dla naszych labkow ale niestety….Przytulam Państwa mocno a Ty Buniu biegaj szczęśliwa.Pozdrawiam

  4. Czytam oglądam i nie mogę przestać płakać. Mój Leon też był bardzo chory i statusie ki. Odszedł 7 miesięcy temu. Może są tam już razem i swobodnie chodzą z podniesionym ogonem

  5. Cudowny pies, cudowna rodzina. Smutno bardzo. Ale serce rośnie że są tacy ludzie jak Wy. Tyle dobra i miłości . 😭❤️

  6. Od początku kibicuje Buni , pomagałam jak mogłam , śledziłam jej losy i dziękuje z całego serca tej cudownej rodzinie , płaczę razem z Wami ….

  7. Tak mi przykro, bardzo wam współczuję. Kibicowałem Buni od samego początku. Miałem nadzieję, że będziecie mogli cieszyć się dłużej jej obecnością.
    Łzy same cisną mi się do oczu.
    Labradory to szczególne psy, obdarzające człowieka niesamowitą miłością.
    Której nic nie jest w stanie zachwiać. Nawet bestialskie traktowanie, takie, jakiego niektóre doznają, oraz takie którego doznawała wcześniej Bunia,
    zanim do was nie trafiła.
    W całej tej historii pocieszające jest to, ze chociaż ostatni okres swojego życia,
    mogla spędzić z Państwem. Myślę, ze bardzo was kochała i była szczęśliwa. Głęboko wierzę w to, że nasze psiaki mają duszę. A skoro tak, to kiedyś znowu będziemy mogli je przytulić.
    Bunia, teraz biega po łąkach za tęczowym mostem, obwąchuje ciekawe miejsca. Ale przyjdzie czas, że podniesie głowę, złapie wiatr w nozdrza i pobiegnie tam, gdzie będziecie na nią czekać. Bo miłości nie ograniczają żadne wymiary.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *